You are viewing [info]6romeo9's journal

XXXVIII. Zieleń nocy i lazur dnia

4

Harry swoje dziesiąte urodziny (podobnie jak zresztą wcześniejsze) spędzał sam. Ani ciotka, ani wujek, a tym bardziej Dudley nie pamiętali, że trzydziestego pierwszego lipca urodził się Chłopiec, Który Przeżył. 

Tego dnia chłopak sam robił sobie prezent, wychodząc na cały dzień z domu i wracając dopiero późno, gdy wszyscy już położyli się do łóżek, a on mógł podkraść coś z lodówki. Robił przeróżne rzeczy: chodził po centrach handlowych i z zachwytem przyglądał się wymyślnym witrynom, do parku zabaw, gdzie mógł huśtać się godzinami, dopóki któryś ze starszych chłopaków nie zepchnął go z huśtawki. 

Harry Potter nie był mięczakiem. Stawiał się oczywiście. Kończyło się to zawsze siniakami, ale dzięki bogu – tylko tym. 

Dziesiąte urodziny były jednak inne. Tego dnia od rana padało i nie było zbytnio szansy, by wyjść niezauważonym, kiedy wujostwo było w domu. Harry nudził się niemiłosiernie w pokoju, chcąc, aby ciotka wreszcie dała mu święty spokój i nie ganiała do sprzątania piwnicy czy innych równie brudnych pomieszczeń. Do piwnicy nawet Dudley nie wchodził, bojąc dotknąć czegoś swoimi serdelkowatymi paluchami. 

Ucieszył się, gdy Petunia dała mu do ręki parasol oraz parę funtów na mleko, płatki i coś słodkiego dla Dudziaczka. Bez słowa sprzeciwu założył halówki (nic innego niestety nie miał) i wybiegł z domu. 

Ciotka podała mu szczegółowo jakie produkty jakich firm ma kupić i za jakie kwoty, by reszta się zgodziła. 

Harry nie kradł. Raz wziął sobie jednego funta, myśląc, że przecież nikt nie zauważy.

Zauważyli. Długo pamiętał karę, jaką wujek mu zafundował. 

Idąc do sklepu, który był na końcu osiedla, postanowił, że przejdzie się przez park. W końcu nigdzie się nie śpieszył, a Dudley mógł poczekać kwadrans dłużej na swoje czekoladowe płatki. 

Idąc beztrosko i skacząc w największe kałuże zauważył pod jednym z drzew psa. Duży mieszaniec z brązową sierścią. Widać było, że stary. 

Zaskoczyło to chłopaka, gdyż sąsiedzi dobrze pilnowali osiedla i od razu dzwonili do schroniska, gdy jakaś przybłęda się pojawi.

Barbarzyńcy! Wcale nie obchodziło ich, co stanie się z psami potem! Najważniejsze, aby trawnik był czysty i dzieci mogły się bezpiecznie bawić. Dlatego chłopiec przystał i popatrzył się na kundla który podniósł na moment łeb. I wtedy Potter zauważył, że zwierzę było ślepe. 

Stary, ślepy pies, który przybłąkał się do parku w poszukiwaniu pana, domu, jedzenia, czegokolwiek, by przeżyć jeszcze parę dni. 

Był wychudzony, brudny, ale na szczęście nie ranny. Harry’ego coś ruszyło w sercu i podszedł powoli do niego, nie chcąc przestraszyć. Ale pies dalej leżał jakby nigdy nic, nasłuchując. 

Gdy brunet był nad nim, ukucnął i ostrożnie pogłaskał łeb zwierzaka. Ten najpierw skulił uszy, ale zaraz obwąchał rękę chłopaka i czując, że ten nic mu nie robi, zaczął piszczeć, łasząc się. 

Harry przesiedział z nim parę dobrych godzin, opowiadając, co mu ślina na język przyniesie i ciągle drapiąc bo plecach, czując wystające żebra. 

Nikogo w parku nie było, w końcu padało. A ciotka też nie będzie go szukać. No proszę, nie będzie dla balastu z paroma funtami wzywać policji! Co by sąsiedzi powiedzieli?! Że uciekł? Czy – co gorsze – że pozwoliła mu wyjść, chociaż sama mówiła wcześniej, że jest pomylony? O nie, nie, nie. 

W pewnym momencie Potter poczuł głód. W końcu od rana nic nie jadł, a już się ściemniało. Wstał, pies za nim. Kazał mu zostać, a ten posłuchał. Harry obiecał, że wróci z czymś do jedzenia. Psina, o dziwno, zrozumiała, i tylko siedziała, nasłuchując jak szedł.

Po paru minutach wrócił z zawiniętą w papier najtańszą kiełbasą. Wszystko oddał Haskellowi, nad którego imieniem zastanawiał się jak wracał z mięsnego.

Od zawsze śnił o psie. W marzeniach widział długie spacery, aportowanie kija, kąpiele w stawie. Był przeszczęśliwy, gdy los właśnie w jego urodziny podarował mu czworonoga. Bo się nim zaopiekuje. Na pewno. 

Już myślał co jutro zrobią, gdzie pójdą, co mu przynieść. 

Cieszył się jak nigdy wcześniej. To były najlepsze urodziny od dziesięciu lat! 

Wrócił do domu po północy. Dostał lanie od wujka, ale mimo bólu i łez, był szczęśliwy.

Cóż, wreszcie miał coś swojego. A raczej kogoś. Kogoś, kto będzie go kochał. On już pokochał Haskella. 

Następnego dnia była piękna pogoda. Wymknął się z pokoju i wyszedł zanim ktokolwiek mógł go zauważyć. Wziął dwa funty z portfela ciotki i pognał do parku, chcąc jak najszybciej spotkać się z psem. 

Niestety nie było go tam, gdzie go zostawił. Przeszukał cały park wzdłuż i wszerz, ale po psie nigdzie nie było śladu. Wielu było za to ludzi kierujących się do pracy czy uczniów idących na rozpoczęcie roku szkolnego. W tle można było usłyszeć warkot silnika samochodu ze schroniska. 

Wtedy po raz pierwszy pękło mu serce. 

Sześć lat później pękło mu po raz drugi, gdy okazało się, że osoba, której ufał jak najbliższym przyjaciołom, ukochany, umiłowany Draco Malfoy, zdradził go. 

Stał jak sparaliżowany, patrząc, jak Ślizgon szedł do Bellatrix Lestrange, która rozłożyła swe kościste ramiona na powitanie siostrzeńca. Co to miało znaczyć? Dlaczego Malfoy go zdradził? Co takiego zrobił, że ukochany tak go oszukał?

Znikąd odpowiedzi. 

A potem doszło do niego, że jego pachnący obłędnie rumiankiem  luby wcale do końca nie musiał być lego lubym. Że to wszystko mogło być ukartowane. Że Draco Malfoy, syn Śmierciożercy, dalej był za Lordem Voldemortem, chociaż jego rodzina niby zawarła sojusz z Dumbledorem. 

Przeleciał wzrokiem po zakapturzonych postaciach otaczających go i jego przyjaciół. Wszyscy mieli aż zadziwiająco tępe wyrazy twarzy. Przez moment nie wiedział nawet, co miał czuć. Nikt go tak jeszcze nie zdradził. Nikt nie wystawiał go na śmierć. Bo, jakby nie patrzeć, żywo z tego nie wyjdzie. 


Aż wreszcie dopadła go złość. Mógł się tego spodziewać! Ron od początku mówił, że Fretka to podstępna kreatura, i że nie bez powodu nagle stał się jego przyjacielem, a nawet i kimś więcej. 

Rozkochał go w sobie! Zdradliwa łajza zakręciła sobie Pottera wokół palca, aby ten był jej marionetką! Aby robił co się jej zażyczy! Aby…

- Ty bydlaku! – krzyknął Harry, wyciągając szybko różdżkę i, nawet nie zastanawiając się jakie zaklęcie rzucić, zaatakował Dracona. 

Malfoy (niech cię piekło pochłonie!) nawet na niego nie zareagował. Nie odwrócił się. Nie odezwał. 

Tarczę wyczarował któryś ze Śmierciożerców, a inny posłał Złotego Chłopca na ziemię. Lądowanie było bolesne, ale było to nic w porównaniu z nadszarpniętą dumą oraz złamanym sercem. 

Śmiercojady śmiały się. 

Wszystko go bolało. Od ciała do złamanego serca. Kompletnie wszystko. Słyszał krzyki Hermiony, wołania Rona, aby go zostawili. Wiadome było, że ich starania były na nic. Upiorny Lord Pieprzony Voldemort wreszcie dopiął swego. Trafił w jego najczulszy punkt. Brawo, gangreno. Po siedemnastu latach wreszcie udało ci się schwytać w swoje obślizgłe macki swoją nemezis. 

- Jakie to uczucie, Harry? Jakie to uczucie być zdradzonym przez ukochaną osobę? – usłyszał cichutki głos w swojej głowie. Głos, który tylko on miał „zaszczyt” usłyszeć. Przeklęty Voldemort. 

- Zamknij się – warknął cicho Potter, podnosząc się powoli, cały buzując złością. Stęknął, czując, jak bolały go kości.  

- Młody Malfoy od zawsze był mym wiernym sługą. Jakie to uczucie wpaść w moje sidła? Jakie to uczucie wpaść w sidła własnej głupoty? - Czarny Pan nie dawał za wygraną. 

- Przestań pieprzyć. 

- Kto cię obroni, Harry? Kto przyjdzie ci z pomocą? Nikogo już nie masz. Twoi przyjaciele nie są żadnym zagrożeniem, nauczyciele zostali otruci. Zgadnij przez kogo? Taaak, przez twojego kochanego Dracona. Ale ty również miałeś w tym swój wkład. W końcu skrzat, który cię ubóstwia, zaczął ufać i Malfoyowi. Nigdy nie ufaj wężowi, Harry.

- Dumbledore nas ocali. 

- Och, czyżbyś nie czytał najnowszych gazet? Poproś, ale bardzo grzecznie, aby ktoś ci dał najnowszy numer. Na pewno nie odmówią. 

- Pieprz się – warknął, stając na nogi. 

- Och, a czemuż to rządzi tobą gniew? Tak przyjemnie mi się konwersuje, a ty jesteś taki nieprzyjemny. 

- Nie obchodzi mnie to, czy podoba ci się rozmowa ze mną, czy nie. Wypad z mojej głowy! – Rozejrzał się wokół, nie mogąc dalej uwierzyć w to, co widział. 

- No, Harry Potterze, co za brak manier! Czyżby rodzice cię nie nauczyli jak się odzywać do starszych? Och! Co za faux pas. Przecież ty nie masz rodziców! Zamordowałem ich!

- Odezwał się maminsynek i duma tatusia – prychnął Harry. 

Nagle ból. Zagryzł boleśnie wargi, patrząc z ukosa na całe to pieprzone przedstawienie, w którym – jak się niemile zorientował – grał główną rolę. 

Czuł milion negatywnych odczuć na raz. Czuł się pokonany. Czuł się zdradzony. Czuł się jak ostatni idiota. Czuł się…

- A teraz, Harry Potterze, pójdziemy grzecznie spać. Co ty na to? – usłyszał, zanim żółte światło go nie oślepiło, a przed oczami zrobiło mu się ciemno.

* * *

Pansy Parkinson od zawsze uważała się za królową Slytherinu. I może jej panowanie nie było tak jawne dla innych domów, to w domu Salazara budziła respekt. Zaczęło się to od tego, że była dziewczyną tego Draco Malfoya. Dziewczyny jej zazdrościły, chłopcy się w niej kochali. Była uwielbiana. Ach, czuła się wtedy fenomenalnie! Snuła plany o jej życiu z młodym Malfoyem, jak ludzie będą jej jeść z ręki czy płaszczyć się, aby choć zechciała na nich spojrzeć. 

Lecz niestety - wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Prawie rok temu przestała być przyszłą panią Malfoy, a awansowała na jego eks dziewczynę. Upadek do parteru był bolesny, choć Ślizgon od jakiegoś czasu dawał jej jawne znaki, że to, co było między nimi, się wypala. 

Ale poradziła sobie. Nie uniosła się dumą, nie przeklęła Dracona, nie straciła pozycji. Dalej była numer jeden. Dalej ją podziwiano, skrycie kochano i zarazem nienawidzono. Och tak, Pansy Parkinson, tak jak reszta uczniów z domu Węża, budziła w ludziach wiele skrajnych emocji. Dlatego nie mogła uwierzyć, że Neville Longbottom, największa gryfońska łajza, darzy ją głębszym uczuciem. Sądziła, że Zabini ją nabierał! No bo jak to tak, Gryfon i Ślizgon? To jak ogień i woda! Dwa różne świata, które razem nie mają prawa istnieć. Tak jak związek (czy co tam u diabła łączyło) Malfoya i Pottera. 

Nie mogła uwierzyć, że jej ukochany rzucił ją dla chłopaka. Ba, i to jakiego! Najgorszego z możliwych! Chociaż nie, najgorszym byłby Weasley. Potter, bądź co bądź, miał w banku Gringotta ulokowaną niemałą sumę, a Wiewiór nie miał złamanego knuta. Gdyby Potter nie był przeklętym Chłopcem, Który Przeżył, gdyby między nogami nie skrywał tego, co każdy zdrowy mężczyzna powinien mieć, byłby naprawdę dobrą partią z tym swoim domniemanym dramatycznym życiem u Mugoli i sieroctwem. 

Ale był, kim był. Tego nic nie zmieni. I aż serce ją bolało, widząc Dracona siedzącego na fotelu przy kominku, który był smętnie zapatrzony w płomienie. Nie spodziewała się po nim aż tak wielkiego talentu aktorskiego. Żeby przez tyle miesięcy udawać przyjaźń z kimś, kogo miało się posłać na śmierć. Draco był niebezpieczny. I to bardzo. Ale to tylko zachęcało do bliższego go poznania. 

- Pansy, może zrobisz coś z tą dzieciarnią, bo łeb mi już pęka – powiedziała Milcenta, siadając obok niej na sofie zajmując resztę miejsca. 

Dziewczyna spojrzała na resztę, dopiero teraz zauważając ogólne podniecenie. Każdy z małolatów był podekscytowany tym, co się działo w szkole. "Małe diablątka" pomyślała i uśmiechnęła się lekko. 

- Gdzie Blaise i Ares? – spytała przyjaciółkę, nie odpowiadając na jej wcześniejsze pytanie. Nie widziała w tym sensu. I tak nic by z tym nie zrobiła. Jej zachowanie bachorów nie przeszkadzało. 

- Blaise, jak to Blaise, korzysta z okazji. Przygruchał sobie nową jałówkę i sprawdza produkt. A co do Notta to nie mam pojęcia – odpowiedziała Milcenta. 

Pansy kiwnęła głową. Tak jak Blaise był otwartą książką, to Notta trudno było rozgryźć. Ares od jakiegoś czasu jeszcze bardziej się w sobie zamknął. Przestał spędzać przerwy w towarzystwie przyjaciół, na zajęciach był rozkojarzony. Dziewczyna podejrzewała, że ma jakiś skryty romans i wstydzi się im o tym powiedzieć. Ale wraz z Bulstrode sprawdziły każdą dziewczynę i okazało się, że żadna nie była tą. A cholera wie co się działo w życiu Ślizgona. 

Niespodziewanie jej myśli znów powędrowały do ciapowatego Gryfona, który więziony był parę korytarzy stąd. Neville Longbottom… jaki ten świat mały, że ze wszystkich uczennic, zakochał się właśnie w niej, swojej nemezis. 

Ach, nie mogła tego zostawić! Musiała się dowiedzieć, dlaczego darzył ją tym uczuciem! Ale wcześniej musiała coś jeszcze zrobić.

- Gdzie idziesz? – spytała Milcenta, widząc, że brunetka wstała i skierowała się w kierunku Dracona. – Malfoy mówił jasno, że nie ma ochoty z nikim rozmawiać.

- Racja, ale ja nie jestem nikt. Ponadto czeka mnie małe randez vous z moim niedoszłym ukochanym – odpowiedziała, zostawiając przyjaciółkę z miną mówiącą, że choć często nadają na tych samych falach, to w tym przypadku nie ma zielonego pojęcia, o co jej może chodzić. 

* * *

Severus Snape był wspaniałym Mistrzem Eliksirów. Potrafił wyważyć oraz wymyślić miksturę z takimi właściwościami, że gdyby Merlin żył, umarłby ponownie z wrażenia. Dla mężczyzny nie ma rzeczy niemożliwych. Chcesz Veritaserum? A proszę bardzo. A może Wywar Żywej Śmierci? Nic prostszego. Snape potrafi wszystko, dlatego lepiej mieć go po swojej stronie. Czarny Pan doskonale to wiedział, i mimo że mężczyzna czasem go drażnił do tego stopnia, że posłałby go w diabły, to zawsze się powstrzymywał. Torturując, zostawiał go przy życiu, na zebraniach trzymał blisko siebie. Śmierciożerca był nie tylko genialnym twórcą eliksirów, ale również bardzo mądrym magiem.  

Lecz mimo tego, że Snape miał tyle zalet, miał też jedną, poważną słabość. Słabość ta miała brązowe włosy, kościste ciało i nazywała się Ares Nott. 

- Ależ Severusie, dlaczego? – spytał gówniarz, łapiąc mężczyznę za poły szaty i patrząc na niego tymi swoimi przeklętymi, sarnimi oczami. A niech cię, szczeniaku. 

- Jesteś nierozważny, słaby i najwyraźniej głupi, sądząc, że coś wskórasz, męcząc mnie swoją marną osobą – odpowiedział mężczyzna, odsuwając dłonie chłystka i podchodząc do barku z alkoholem. Że też ze wszystkich miejsc w szkole, Ślizgon zawsze musiał go znaleźć wtedy, gdy właśnie chciał w ciszy odpocząć. Sam. Przy tym co się dzieje w Hogwarcie, napięciu, małe rozluźnienie dobrze by mu zrobiło. Ale, oczywiście, Nott musiał wszystko spartaczyć. 

- Nie zgadzam się – odparł chłopak, krzyżując ręce na piersi. Ach, Severusie, ty frywolny ogierze, nie możesz teraz zastanawiać się nad niesfornością bachora i myśleć tylko o tym, czy w sypialni też będzie się tak opierał! Cóż, znając uległość Aresa w tych sprawach, to niestety w momentach intymnych zmienia się w miękką kluchę, która chce się przytulać, całować, dotykać i robić milion innych niepotrzebnych pierdół, na które Snape, chcąc wypaść na świetnego kochanka, musiał robić. – Dlaczego nie chcesz sobie pomóc? W końcu musimy wspólnie przez to przejść i…

- Wspólnie? – spytał Severus, odwracając się powoli do gówniarza. Jego wzrok (jak zwykle zresztą) mało co mówił, więc Ares podszedł bliżej. Nie, żeby mniejsza odległość sprawiała, że mężczyzna był bardziej czytelny, ale czuł się lepiej konwersując z nim, gdy miał go blisko. W końcu mógł zauważyć każdą najmniejszą zmianę na jego twarzy. – Od kiedy to „ja” zmieniło się na „my”? – spytał Snape, powoli pijąc trunek i nie spuszczając z chłopaka wzroku. 

- Odkąd jesteśmy razem – odpowiedział Nott, jakby to było oczywiste. Nie podobało mu się to, że nie miał udziału w tym, co działo się w szkole. Wszyscy z jego roku mają swój cel, wiedzą już, co będą robić. A on? Nawet pieprzonej celi dla Złotego Chłopca nie mógł przygotować, bo Draco mu nie pozwolił. A czy był gorszym magiem od innych? Ależ skąd! Zaliczał się do elity! Ale, oczywiście, los go nie rozpieszczał. 

- Jesteśmy razem? – Ciemne brwi uniosły się, a usta wykrzywiły w brzydkim grymasie. No koniec świata. 

- Och, nie udawaj, że nie wiesz. Oczywiście, że jesteśmy – rzekł Ślizgon, zadzierając brodę lekko do góry, a mężczyźnie zrobiło się niedobrze patrząc na niego. 

- Wyjaśnię ci coś, Nott – powiedział Severus, pchając gnojka na barek i przyciskając go do niego własnym ciałem. Ech, znów te zdrożne myśli… Severusie, ileż ty masz lat! Pohamuj się! – I słuchaj mnie uważnie, bo nie będę już tego powtarzał. – Nachylił się nad chłopakiem jak sęp nad padliną. Oddech gówniarza przyśpieszył, a na policzkach pojawiły się lekkie rumieńce. No jak baba! – Czy kiedykolwiek nazwałem naszą zażyłość inaczej niż "bliska znajomość"? – Jego głos był cichy, spokojny, a zarazem ostry jak miecz, choć dla chłopaka był przesiąknięty erotyzmem. Ba, cały Severus Snape taki był! – Dla przypomnienia, to wiedz, że nie. Nigdy. Nasza przygoda kończy się wraz z końcem tego cyrku, który właśnie się dzieje, a w którym nie pozwalam ci brać udziału, bo jesteś za słaby. Jesteś miernotą, Nott. Jednym czarem można cię rozbroić i posłać na drugi świat.

- Nieprawda! – sapnął Ares, który patrzył się na Mistrza Eliksirów jak w obrazek. I mimo tego, że kant barku wbijał mu się w szanowne cztery litery, to nie mógł się odsunąć. Nie potrafił oprzeć się mężczyźnie i nie zwracał uwagi na jego gadanie bzdur (cóż, Ares, jako nastoletni Ślizgon (podobnie jak jego pobratymcy z domu Slytherina) uważał, że wszyscy się mylą, tylko nie on). I chociaż Severus się tego wypierał, to i tak Ares wiedział swoje i miał pewność, że mężczyzna (mimo wszystko) za nim szaleje. Może nie jest dla niego wymarzonym rozmówcą – w końcu różni ich ile lat – ale choć chłopak jest szczeniakiem, na którego różne widoki działają stymulująco, to wątpił, aby Snape, mając te swoje trzydzieści parę lat, podniecał się czym popadnie jak jego młodszy kochanek. Dlatego, czując erekcję mężczyzny na swoim brzuchu, wiedział, że może w dyskusjach dużo nie wywalczy, to jednak w innych aspektach miał wiele do powiedzenia. 

- Prawda – Snape przedrzeźnił chłopaka, czując na dodatek przyjemne mrowienie w okolicach krocza. – Nie masz ponadto ikry, aby ważyć eliksiry. Tu trzeba być skupionym, rzetelnym i dokładnym!

- Tak jak Draco? – sarknął Ares. Severus od zawsze wychwalał Malfoya. 

- Już nie zgrywaj zazdrośnika – prychnął mężczyzna. – Nie zachowuj się jak dziecko. 

Oho. I tego Ślizgon najbardziej nienawidził. A mianowicie, że był przyrównywany nie tylko do wspaniałego och i ach prefekta, ale również do dzieciaka. 

- Możesz przestać mnie tak tratować?! Nie jestem cholernym smarkaczem! – krzyknął Ares. – Jestem pewien swoich czynów, wiem, co robię! – Na Merlina, jak on nienawidził być zaszufladkowanym. I to jeszcze przez ukochaną osobę.

- No cóż, niecałe siedemnaście lat, przez które cię dobrze poznałem, mimo największych chęci, aby tego nie robić, podsuwają mi co innego – odpowiedział Snape, z małą fascynacją patrząc na wybuchy złości u chłopaka. Nott to skryty dzieciak. Bez matki, wychowany przez ojca, na którym mu nie zależało oraz niańki, które co parę lat się zmieniały, nauczyły go aby nie pokładać uczuć gdzie popadnie, a przez to dobrze je kamuflować. Zadziwiające, że przy mężczyźnie tak się odsłaniał. 

- Pieprz się – warknął Ślizgon, wyrywając się brutalnie z objęć mężczyzny i kierując się w stronę drzwi. Po jaką cholerę tu przychodził? Po co w ogóle tu wracał, skoro jego schadzki ze Snapem kończyły się zwykle albo kłótnią, albo seksem i kłótnią? Beznadzieja. 

Severus dopił do końca trunek, patrząc jak drzwi za dzieciakiem się zamykały. No cóż, nie mógł mu pozwolić brać udziału w tym, co się obecnie w szkole działo. I nie dlatego, że był za słaby. Lecz możliwe jest, że gdy Czarny Pan się pojawi, nie będzie już tak sielsko, jak było do tej pory. Ponadto kiedyś wspominał, że wojna nie jest bitwą dzieci, ale dorosłych. Małolaty nie powinny się mieszać. Dlatego, mimo że Lord rekrutuje już przed ukończeniem szkoły, to Mistrz Eliksirów chciał, aby jak najmniej jego uczniów przeszło - tak jak rodzice – na ciemną stronę. Ich rodzice, tak jak i zresztą on sam, mają inne plany co do Sami Wiecie Kogo. Pionki już stoją. Teraz czas na ruch.

* * * * * *

- Och, Potter, na Merlina, opanuj swe emocje, bo będę musiał cię najzwyczajniej unieruchomić. I nie, wcale nie chodziło mi o to, o czym teraz myślisz, niewyżyty półgłówku. 

- A skąd ty możesz wiedzieć o czym właśnie myślę? 

- Czuję jak twoje „myślenie” wbija mi się w tyłek – prychnął Draco. 

Harry w odpowiedzi parsknął śmiechem, dalej tuląc się do pleców Ślizgona i ocierając się biodrami o chłopaka. W takich momentach zapominał o wszystkim co się dzieje, o wojnie, Voldemorcie, szkole. Był tylko on i jego rumiankowy ukochany. 

- Uch, na Merlina, przestań mi dyszeć w twarz, bo dłużej nie zdzierżę tego alkoholowego fetoru. Potter, ile w ciebie Weasleyowie wlali? – spytał Malfoy, zadowolony, że wreszcie tunel prowadzący do Hogwartu z Trzech Mioteł się kończył. Potter nie był piórkiem. 

- Mmm, malutko – odpowiedział Harry, nic sobie nie robiąc z narzekania kochanka i dalej przytulając twarz do blond włosów. Och, tego mu tylko brakowało. Szkoda, że jego przyjaciele nie lubią Dracona. Byłby najszczęśliwszym człowiekiem, gdyby miał przy sobie ich i chłopaka. Ale nie było źle. Fred i George, jako solenizanci, co trzecią kolejkę dostawali za darmo od Madame Rosmerty, przez co klientela upijała się jeszcze bardziej. Pieniądze na alkohol schodziły jak woda, a wszyscy dobrze się przy tym bawili. 

- A Wiewiór i Granger? Oni nie mogli łaskawie przyprowadzić cię do szkoły? – pytał Draco, odsuwając portret i zadowolony czując, jak ciepło buchnęło mu w twarz. O tak. Strasznie wymarzł taszcząc za sobą Złotego Chłopca. 

Spojrzał krytycznie na Gryfona, który pokracznie opierał się o ścianę. No koniec świata, żeby Chłopiec, Który Przeżył, duma Dumbledore’a, ulubieniec magicznych tabloidów spił się jak ostatni ochlapus w pubie. Ludzie nie znają go z jego gorszej strony. Draco był z tego zadowolony, bo tylko on (no i ta reszta głupkowatych Gryfonów) znał jego drugą twarz. 

- Hermiona… a nie wiem nawet gdzie jest Hermiona. A Ron? Ron poszedł jakiś czas temu do łazienki i świat o nim już nie słyszał – powiedział Harry, prostując się i podchodząc do ukochanego. Ach, tego tylko było mu potrzeba. Jego prywatnego Adonisa!

Malfoy westchnął. Dzięki bogu, że było grubo po północy i zgłosił się do patrolowania parteru. Gdyby nauczyciele ich przyłapali, to mieliby niezłe kłopoty. 

Prowizorycznie rozejrzał się wokół i wypatrywał kogokolwiek na tyle, na ile pozwalały mu zapalone pochodnie. 

Pokręcił krytycznie głową, patrząc na Harry’ego, jego pogniecioną koszulę (co takiego u licha robił, że doprowadził ją do takiego stanu?), rozbiegany wzrok i uśmiech, który tak naprawdę wiele czynił. Co jak co, ale uśmiech Pottera działał na niego jak eliksir uspokajający. Ech, co ten chłopak z nim wyrabiał… To się w głowie nie mieści! 

- A ty co robiłeś beze mnie? Tęskniłeś chociaż? Bo ja usychałem wręcz z tęsknoty – powiedział Złoty Chłopiec, podchodząc do Malfoy'a i przytulając się. 

Draco patrzył na niego surowo, ale w środku to go Gryfon rozczulał. Był taki uroczy. 

- Wiesz, Potter, moje myśli nie krążą tylko wokół ciebie. Gdy wreszcie mam chwile dla siebie, pochłaniam się we własnych przyjemnościach – odparł Draco, łapiąc chłopaka w pasie, aby głupek przypadkiem nie upadł. Ale oczywiście Grygon odczytał to inaczej i jedynie uśmiechnął się, przybliżając się i chuchając mu alkoholowym odorem jeszcze dobitniej w twarz. 

- To ja nie zaliczam się do twoich przyjemności? – spytał Potter, całując go nieporadnie. Merlin wie, ile on miał cierpliwości. 

Ślizgon westchnął i pozwolił się całować. Bądź co bądź, było to dość intymne. 

Nie przeszkadzał mu gorzkawy posmak na języku Chłopca, Który Przeżył, ani to, że został pchnięty na ścianę, a jego usta wręcz miażdżone. Jego dłonie z bioder zjechały niżej, na pośladki bruneta i ścisnęły je mocno, przez co Gryfon jęknął. No cóż, jakąś przyjemność z obudzenia go w nocy musiał mieć, a co. 

Harry również nie był dłużny. Jego dłonie było wszędzie, od jasnych włosów po jędrny tyłek. 

Obydwoje uwielbiali takie sytuacje, gdy chuć dopadała ich nagle, niespodziewanie i nie mogli zrobić nic innego niż jej się poddać. 

- Pójdziemy do ciebie? – spytał Potter, dysząc już lekko, kiedy oderwał się na moment od ukochanego. 

Draco zastanowił się przez chwilę i odpowiedział:

- Znam lepsze miejsce. I bliżej niż moja sypialnia. 

Harry niechętnie oderwał się od wąskich ust Ślizgona i pozwolił się prowadzić w nieznane mi miejsce szkoły (znajdowało się ono w lochach – bo gdzieżby indziej Malfoy by go zabrał – a rewir Snape’a był zawsze ostatnim miejscem, gdzie wraz z przyjaciółmi się zaszywał). Nie mógł się długo powstrzymywać przed dotykaniem blondyna i po chwili Prefekt mógł poczuć dłoń, która z ramion zjechała wprost na pośladki, aby ścisnąć je brutalnie. Och, Potty po alkoholu był strasznie niewyżyty!

Gryfon nawet nie patrzył, gdzie idą. Ważne było dla niego jedynie, że szedł z Draconem. Matko, kiedy to się stało, że zaczął mu ufać tak, jak przyjaciołom?

- Czyżbyś zaprowadził mnie do sekretnego pokoju schadzek? – spytał Złoty Chłopiec, gdy stanęli przed wielkimi drzwiami, których sam Potter by nie znalazł. Ba, nawet nie wiedział, że takowe były!

- Tak, przyprowadzam tu niesfornych Gryfonów, którzy aż proszą się o karę – prychnął Draco, otwierając drzwi machnięciem różdżki. 

Pomieszczenie było bez rewelacji. Gdyby Harry był trzeźwy, zwróciłby uwagę na to, że znajduje się tu łóżko takie same, jakie były w sypialniach uczniów, stolik i krzesło. Ale niestety, Potter pamiętał z tej schadzki tylko to, że chyba (bo cholera nie pamiętał! Alkohol przyćmił mu umysł!) weszli do środka, zaczęli się znów migdalić, zdejmować ubrania. I nie jest pewny, czy przypadkiem penis Malfoy’a nie trafił do jego ust czy odwrotnie. Nigdy nie wracał do tego wydarzenia. Urodziny bliźniaków były ponad miesiąc temu, a on żył z Cholernym – Draco – Pieprzonym – Malfoy’em jak papużki nierozłączki. 

Uderzył pięścią w ścianę, rozglądając się po pokoju, do którego kiedyś ta zdradliwa menda go przyprowadziła. Ślizgon wspominał coś, że ćwiczył w nimczary, przychodził w każdej wolnej chwili. Ale po co, na co - tego to już brunet przypomnieć sobie nie potrafił. 

Jego „nowa sypialnia” naprawdę była bez rewelacji. I obecność łóżka mówiła, że Draco musiał tu nocować. Ale po jakie licho?! I dlaczego umieszczono go właśnie w pokoju, gdzie pieprzył (albo na odwrót) Malfoy’a? To jakaś chora chęć pokazania mu, że nic dla chłopaka nie znaczył? Że te dni spędzone wspólnie, przekomarzania, lekkie spory, nocne wypady - to było wszystko ukartowane? Harry już to wie! Ślizgon boleśnie dał mu to do zrozumienia. Bydlak jeden. 

Ale niestety Potter mimo tego, że nienawidził blondyna, czuł też miłość. Bo kochał tego drania i już. A złamane serce ciągle dawało mu znać, aby nie zapomniał, co Fretka z nim zrobiła. Wykorzystywał go cały czas. Jakim trzeba być człowiekiem, aby przez tyle miesięcy udawać? Pozwalać się dotykać, pieścić, całować?

Harry opadł na zimną podłogę i schował twarz w drżących dłoniach powstrzymując łzy, które cisnęły mu się z oczu. Cóż, wielkie brawa i ukłony dla Malfoy’a! Gryfon nie znał lepszego aktora. 

Cholera. 

* * *

Ares Nott nie był mięczakiem. I nieważne, co mówili inni, znał swoją wartość i wiedział, że w kryzysowych sytuacjach by sobie poradził. Był w końcu na siódmym roku! Czegoś się przez te lata w Hogwarcie nauczył! Ślizgoni nie byli jak Gryfoni czy Puchoni, że wystarczyło im to, co wykładali na zajęciach, aby wejść w dorosłe życie i przetrwać. Ślizgoni mieli o wiele większe zapędy do nauki czarów. W domu, w wakacje czy w ferie, rodzic sprawdzał jego postępy w magii i dokształcał. W końcu jak się stanie przed Czarnym Panem, nie można okazać się zwykłym tchórzem! Trzeba umieć torturować, sprawiać ból tak, aby nie zabić od razu, gdyż – jak to powiedział kiedyś któryś ze Śmierciożerców – nie ma nic przyjemniejszego niż sprawiać komuś cierpienie. 

Dlatego nie rozumiał, dlaczego Severus Snape za każdym razem, gdy chłopak chciał się angażować w to, co się działo w szkole, podcinał mu skrzydła. Nawet w warzeniu głupiego eliksiru nie pozwalał mu uczestniczyć! Matko kochana, przecież nic sobie nie zrobi! Nie jest Longbottomem czy Weasley’em! 

Ale nie, Severus Snape był upartym draniem i jego "nie" było "kategorycznym nie". A niech się wali. 

- Ares, co masz tak skwaszoną minę?

Nott przestał gapić się na stół nauczycielski, który teraz zajęli Śmierciożercy. Snape nawet nie zwracał  na niego uwagi, dalej konwersując z Lucjuszem Malfoy’em. Spojrzał więc na Pansy, która siedziała przed nim. 

- Ty również nie olśniewasz nas dobrym humorem – odparł chłopak, nakładając na swój pusty talerz (tak się zagapił na profesora, że zapomniał aby cokolwiek zjeść) pieczone ziemniaki. Był zły. Nie, to za mało powiedziane. Był cholernie zły! Jak to jest, że gdy zbliżał się do mężczyzny, to nagle coś mu odwalało (inaczej tego Ślizgon nazwać nie mógł) i kończyła się sielanka? Przecież nie robił nic, kompletnie nic, aby go sprowokować! Na Merlina, nic nie robił źle! Obcowanie z Severusem Snapem jest naprawdę męczące. 

- Bo denerwują mnie już, jak się tak panoszą – odparła dziewczyna, wskazując niedbale ręką na pozostałe stoły, które kiedyś zajmowali uczniowie, a których miejsca zajęły zakapturzone postacie. - Ja jestem dziewczyną, nie? A jak wiadomo, dziewczyny są ciekawskie, wścibskie i uwielbiają paplać. Milcenta, moja droga Milcenta zaczęła ze mną temat Longobottoma i pyta się „Dlaczego ten chłopak tak za tobą szaleje?” – Bulstrode słysząc, że o niej się mówi, zaprzestała jeść kurczaka i patrzyła na przyjaciółkę, która coś zmyślała. – Ja jej odpowiadam, że „nie ma co się dziwić, szaleje za mną dużo chłopaków, prawda?”. 

- Prawda – odparł Ares, zerkając rozbawiony na Milcentę, która dawała mu znaki, że nic takiego nie mówiła. Och Pansy, czyżby ślamazarny Gryfon aż tak zawrócił ci w głowie? 

- No właśnie – ciągnęła dalej Ślizgonka. – I pomyślałam, aby pójść do Gryfonów i wyciągnąć z Longbottoma, co on ode mnie tak naprawdę chce. Przecież my nigdy nie rozmawialiśmy. Chyba, że wymianą kąśliwych uwag można nazwać konwersacją. 

Ares mimowolnie zerknął na stół nauczycielski i na Severusa zajmującego miejsce dyrektora. Ech, u nich też były tylko zgryzy i złości. No i seks. 

- Ale ubiegła mnie Bellatrix Lestrange! – spojrzała na kobietę, która jakby nigdy nic popijała wino, siedząc obok matki Malfoy’a. - Wzięła gdzieś Longbottoma i chciała zobaczyć, czy jest podobny do swoich rodziców. – Uderzyła pięścią w stół. – Przeklęta! Żeby ruszać czyjąś własność! – Posłała Belli nienawistne spojrzenie. 

- I co, sprawdziłaś co u niego? – spytała Milcenta, która z lekkim uśmiechem patrzyła na przyjaciółkę. 

Pansy odchyliła się do tyłu i westchnęła. Odechciało się już jej jeść. 

- A po co? Zapewne żyje i liże rany w towarzystwie swoich wspaniałych przyjaciół – sarknęła.

- To może coś do jedzenia mu przyniesiesz? – zaproponował Nott, któremu narzekania przyjaciółki poprawiły humor. – Bo nie jestem pewien czy przez najbliższe dni coś w ogóle dostaną. 

Pansy spojrzała na niego wzrokiem mówiącym, że chyba postradał zmysły, i sięgnęła po puchar z sokiem dyniowym. Jej myśli ciągle latały wokół Neville’a. A co on ją obchodził? To kolejny chłopak z wielu, którego serce wybrało nie tę dziewczynę. A to nie jej problem. Jej to nie przeszkadza. Jest jej dobrze ze świadomością, iż Gryfon najpewniej cały zakrwawiony leży na zimnej posadzce, zawodząc z bólu, nie mogąc się nawet ruszyć. Ech, nie podobało jej się uczucie, które ją ogarnęło. Ciekawe czy Draco ma tak samo na myśl o Potterze. 

Spojrzała na Malfoy’a, który siedział parę miejsc dalej w towarzystwie Astorii Greengrass, która nie mogła od chłopaka odkleić rąk czy ust, a on to wszystko przyjmował. 

Nie. On nie ma takiego problemu. 

* * *

- Widziałeś to, Severusie? A ty mi wmawiałeś, że Draco i Pottera coś łączy – powiedział zadowolony Lucjusz, łapiąc małżonkę za kolano z radości. Narcyza oderwała się od rozmowy z siostrą i spojrzała zaskoczona na męża. Malfoy rzadko kiedy okazuje tego typu czułości na forum publicznym. 

- Zaiste – odpowiedział Snape, patrząc tam, gdzie przyjaciel. Nie spodziewał się takiego zachowania po chrześniaku. 

Jego wzrok mimowolnie powędrował do Notta, który rozmawiał z Parkinson. Zmrużył gniewnie oczy. 

Gówniarz się uśmiechał. I to nie nieśmiało czy głupkowato, tak jak przy Severusie. Jego uśmiech był radosny, szeroki podczas gdy oczy mu się świeciły, jakby potrafiły czarować Lumos. 

Spojrzał na swój pusty kielich tylko po to, aby podnieść oczy znów na chłopaka. Na dodatek się śmiał. Tego na pewno nigdy nie robił przy mężczyźnie! 

Ale dlaczego tym się przejmuje? Przecież Ares był ciężarem, nic nie znaczącym balastem, z którym musiał się użerać. Teraz było w porządku. Teraz będzie mógł poświęcić się swoim planom, obowiązkom, w których Nott tylko przeszkadzał. 

Tylko dlaczego nie może się pozbyć guli w gardle, która nie pozwalała mu oddychać?

Profile

14
[info]6romeo9
Rosalie

Latest Month

April 2012
S M T W T F S
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Syndicate

RSS Atom
Powered by LiveJournal.com